Codzienność

Japońskie słodkości za rogiem

Japońskie słodycze kocham miłością bezwzględną i absolutną. Nieraz okupiłam ją skrajnym przejedzeniem, ale zawsze było warto. Tak stało się i ostatnim razem, kiedy skusił mnie tajemniczy Zjadacz Snów. Niepozorna miejscówka w oldskulowym pawilonie handlowym to wyzwanie dla wytrawnych tropicieli smaków, chyba, że podąża się już za wcześniejszą wskazówką, za nosem, za podniebieniem. Chyba, że już wiadomo gdzie i po co się idzie. Tak najlepiej. Za tym projektem kryją się dwie energiczne dziewczyny – Sylwia Podolska i Joanna Wąsowicz.

Kiedy tylko wpadłam do środka i uściskałam niesamowite gospodynie tego miejsca, od razu rzuciłam się do witryny ze słodyczami. I od razu wiedziałam, że poległam. Zobaczyłam wszystko, co kocham i ucieszyłam się, że obiad jadłam kilka godzin temu, a kolację mogę zjeść jutro. 

 

 

Popijając autorską, wzmocnioną wersję matchy (szatańska ręka Sylwii), słuchałam, jak te dwie niesforne babki wyczarowały królestwo japońskich słodkości.

Sylwia wiedziała, że to nieuniknione. Jej mąż, Sato, prowadzi za ścianą japońską restaurację, ale on kocha „na słono” i nijak nie można było go było namowić na słodycze. Rozsądek podpowiadał, aby nacisnąć kogoś innego. Z nieba spadła zaprzyjaźniona Joanna, która szefowała w kuchniach zacnych mazurskich hoteli, ale czuła, że zaczyna dochodzić „do ściany” pracując dla klientów.  Zjadacz nie był jeszcze gotowy, być może nie był jeszcze nawet prawdziwym Zjadaczem Snów, folia wisiała w oknach i nie wszystko było pomalowane, kiedy Joanna odpaliła kuchnię i zrobiła pierwszy smakołyk.
– To było mochi z białą czekoladą i matchą, i myślałam, że do końca świata nie sprzątniemy kuchni bo ciasto przywarło dosłownie wszędzie – wspomina Sylwia.
–  Do wszystkiego dochodziłyśmy same – dodaje – Nie było żadnych namacalnych przykładów. Szukałyśmy przepisów gdzie tylko się dało, próbom i testom nie było końca.
– Eksperymentowałam do skutku. Smakowego i wizualnego. Pierwszym testerem był oczywiście Sato. Kiedy zakrzyknął po spróbowaniu mojego Kuri Kinton, klasycznego wagashi na bazie kasztanów – „Smakuje jak u mojej babci!” – wiedziałyśmy, że jesteśmy z tym „w domu” – opowiada Joasia. – Najgorzej było z Mizu Manju, czyli Wodną Kulą. Długo nie wyglądała jak trzeba. Sylwia już dawno mówiła, że jest dobrze, ale co ona tam wiedziała. Stopień przezroczystości był nadal niedoskonały. Musiałam trochę zmienić składniki i proporcje. No i wreszcie się udało.

 

 

 

  

Sylwia mówi więcej, a Joasia w tym czasie kręci się po kuchni. Knuje i szykuje. Co chwile wjeżdża na mój stolik jakiś obłędny smakołyk. I kolejna herbata. Kiedy przyznaję się, że nie mam pojęcia jak smakuje kasztanowy rarytas babci Sato, Joanna po prostu w kilkanaście minut wyczarowywuje go. Jest cudny, ciepły, pachnący, obsypany złotem i…. przepyszny! To czysty kasztanowy aksamit.

Skąd ta obłedna nazwa Waszego projektu? Pasuje jak szyta na miarę!
– Bo taka jest – mówi Sylwia – nawiązuje do japońskich baśni i sięga poczetu mitycznych stworów, gdzie występuje tajemny BAKU, który pożera nocne koszmary. Nasz Zjadacz Snów osładza codzienność i ucieleśnia Wasze skryte marzenia o słodkościach.
Co najbardziej kochają klienci? – póki co, chyba ciągle sernik z matchą.
Co ich zaskakuje? – połączenie smaków.
Na co narzekają? (śmiech) – jeśli już, to tylko na to, że nie ma już kiosku (tak, Zjadacz jest w miejscu pokioskowym)
Wasze typy? – klasyczne mochi z fasolą azuki – Sylwia i – rolady japońskie – Asia.
Czego Wam brakuje? – kolejnych rąk do pracy. Rozrastamy się!

W Zjadaczu się nie tylko przyjemnie siedzi. Tam się zalega. Cudowne jest też to, że jeśli pokochasz czarkę, w której właśnie pijesz matchę, możesz kupić dokładnie taką samą, z całym niezbędnym osprzętem i, oczywiście, sam cudowny zielony proszek. Możesz kupić i inne skarby – ceramikę, zawieszki i różne specjały do kuchni. 

 

 

 

– Denerwowało mnie to, że ciągle brakowowało mi rzeczy, których sama chciałam używać w kuchni, dobrego sosu sezamowego i innych niezbędnych dodatków – wspomina Sylwia – Postanowiłam więc mieć je po prostu tutaj. Pyszne, sprawdzone, oryginalne, japońskie.
Potwierdzam! Zjadacz to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można zdobyć, na przykład, 100% sok z yuzu. Sama obkupiłam się bardzo konkretnie!

Zasiedziałam się u dziewczyn niemal do zamknięcia. Na odchodne dostałam jeszcze w pudełeczku słynny sernik. Cudownie. Postanowiłam zjeść go następnego dnia na śniadanie. Niestety. Trzeba było nie otwierać pudełka, niecna pokusa nie zepsułaby śniadaniowych planów. Sernik został pochłonięty natychmiast po przyjściu do domu. Z dziką rozkoszą.

Zjadacz Snów to najprzedniejszy warszawski adres i obowiązkowy punkt na mapie najbardziej wymagających deserowych skrytożeców. Wszystkie namiary znajdziecie TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *