Honshiu

Amanohashidate – niebiańska mierzeja

Przeglądając mój, niemiłosiernie zaklejony japońskimi wizami paszport, pan na lotnisku zapytał:
– A jaki jest tym razem cel wizyty?
– Taki jak zawsze – odparowałam – cieszyć się pięknem Japonii.
– A konkretnie – dociekał.
Osłupiałam. Co konkretnie!? Zamiast docenić, że ktoś tak ciągle radośnie tu przylatuje…
– Trzy najpiękniejsze japońskie krajobrazy już Pani widziała?
– Och, widziałam w Japonii setki najpiękniejszych krajobrazów, tu jest magicznie i…
– O trzy krajobrazy pytam. Nihon Sankei.

No i stało się.
Obiecałam, że tym razem celem mojej podróży będą dwa „brakujące mi do trzech” krajobrazy.

Japonia jest krajem niezwykłym i przepięknym, ale to TRZY miejsca zostały uznane za najbardziej malownicze. Jak o tym zadecydowano? Odpowiedzialna jest tu w zasadzie jedna, ale zacna, osoba, Shunsai Hayashi, myśliciel konfucjański, który podróżował po całej Japonii pieszo i napisał książkę na podstawie swoich doświadczeń. Właśnie w ”Nihon Kokujisekikou”, w 1643 roku, zostały wymienione trzy najwspanialsze japońskie pejzaże – Nihon Sankei (日本三景). Już w czasach Edo poruszały serca i zachwycają po dziś dzień. Każdy chce je odwiedzić przynajmniej raz. Boskie trio to Matsushima, Amanohashidate i Miyajima, z czego najbardziej znana i popularna jest Miyajima i zwykle odwiedza się najpierw to miejsce. Podobnie było i ze mną. Dziś zaś siedziałam w pociągu do Amanohashidate, dumna jak paw, że podążam szlakiem słynnego Hayashiego.

Amanohashidate (天橋 立) to malownicza mierzeja pokryta złocistym piaskiem i porośnięta ponad 8 tysiącami sosen. Obejmuje ujście Zatoki Miyazu w sielskim, nadmorskim regionie północnej prefektury Kyoto. Jest wąska i niezamieszkała (nie to co nasz Hel, czy Mierzeja Wiślana!), ale nie można odebrać jej swoistego uroku. 

Dotarłam tam pięknym słonecznym popołudniem, więc jak tylko wrzuciłam graty do domu, od razu wsiadłam na rower, żeby objechać okolicę i przede wszystkim, przedrzeć się mierzeją na „drugą stronę”. W pośpiechu nie zauważyłam, że od razu wjechałam wprost do świątyni. Okazała Chionji (智 恩 寺) jest przepięknie położona, tuż nad wodą, przy południowym wejściu na mierzeję.  Należy do szkoły japońskiego buddyzmu Zen, Rinzai,  i mieści jeden z japońskich „Trzech ważnych posągów Monju Bosatsu”, odpowiedzialnego za prawdziwą mądrość,  jasność umysłu i rozkwit intelektu. Mnich, który widział jak bezpardonowo wparowałam na rowerze wprost pod główny ołtarz, od razu zasugerował kupno specjalnego amuletu (omikuji) w kształcie składanego wachlarza, pewnie w nikłej nadziei, że może wróci mi rozum i jakikolwiek pomyślunek. Posłusznie nabyłam sensu i zawiesiłam na jednej z sosen. Setki innych wachlarzy wisiały już na całym terenie świątyni. Pocieszyło mnie to nieco, że nie tylko ja potrzebuję wsparcia czcigodnego Monju Bosatsu.

 

 

 

Teraz nieco wolniej i rozważniej ruszyłam przez most Oamabashi Kaisen. Oj sielsko. Czerwony skrzypiący rower sunący po piaszczystej ścieżce. Pod kołami igły drzew i pachnące szyszki. Ciepły wiatr. Woda po lewej, woda po prawej. I te powykręcane czarne sosny. Każdego dnia walczące z wiatrem i falami. Wiele drzew ma tu swoje imiona i tajemne historie. Bliżej drugiego krańca mierzei leży, zwalona już dziś przez tajfun, słynna Smocza Sosna, Souryu-no-matsu (双龍の松), która wyglądała jak dwa drzewa wyrosłe z jednego pnia. Tubylcy mówili, że jest w niej wyjątkowa moc, mieszkają w niej dwa smoki, które łączą ziemię i niebo. Smoki chyba się właśnie odradzają, jak feniks z popiołów. Koło połamanego i obumarłego starego pnia pokazało się kilka nowych, zawadiackich zielonych sosnowych drzewek.

  

  

      

  

Już po drugiej stronie, najpierw kupuję małą sake Shiraito i wypijam ją duszkiem, potem idę prosto do Motoise Kono Shrine (元伊勢籠神社). Trzeba ochłonąć po przejażdżce i dodać sobie animuszu, bo świątynia wcale nie jest taka-bylejaka! Bynajmniej. To najważniejszy chram regionu, gdzie czczone są najważniejsze bóstwa, z Amaterasu na czele. Nawet wyglądem i nazwą nawiązuje do najważniejszego miejsca shinto w całej Japonii – przenajświętszego Ise.  Motoise to przecież „pochądzący od Ise”! Główny budynek bardzo podobny jest do tego w Wewnętrznym Sanktuarium w Ise, również ma  dziesięć belek dachowych i dekoracji w kształcie klejnotów (suedama), których nie spotyka się w żadnych innych świątyniach oprócz Motoise Kono Shrine i Ise Jingu. 

 

 

Jadę w drugą stronę. Zmierzch nad wodą zawsze cudowny. Po powrocie najpierw biegnę na wieczorne zazen do mojej przydomowej Chionji, a potem na wyczekiwaną wizytę w miejscowym onsenie. Chie no Yu (智恵の湯) ma piękny i łatwo rozpoznawalny budynek, niedaleko stacji kolejowej. Ma też kąpielisko na świeżym powietrzu, dlatego jest idealnym miejscem na wieczorny relaks. Ach, przydałaby się do pełni szczęścia jeszcze jedna buteleczka Shiraito…

 

 

  

Rano, po pysznym śniadaniu nad wodą, jadę rowerem na plażę. Jestem zaskoczona jak tu pusto i cicho. Żałuję, że nie mam ze sobą książki do poczytania. Trudno, bach na piach bez książki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam okazję tak po prostu leżeć i się gapić. Nie robić nic. Niezakłócony spokój chłonąć każdą komórką. Przepyszne uczucie. 

 

 

Bardzo kusiło mnie aby zobaczyć Amanohashidate z góry. To jest właśnie TEN słynny widok, przedstawiany dawniej na drzeworytach, a dziś na najładniejszych plakatach. Dopiero z góry widać boski czar mierzei,  doskonały zarys zieleni na niebieskiej tafli wody, od którego wzięła swą nazwę: Amanohashidate. Most na Niebie. Najpiękniejszy, wręcz idealny widok, rozciąga się z View Land, na południowych wzgórzach za stacją Amanohashidate. Kupiłam bilet na górską kolejkę, ale miała ruszyć dopiero za pół godziny, poszłam więc na spacer u podnóża, po drugiej stronie torów, gdzie oficjalnie nie ma już nic ciekawego. Takie miejsca lubię jak diabli. Zwykłe domy, uliczki, zaułki i malutkie świątynki rzucone zupełnie na uboczu, przytulone do lasu i skał.

 

 

 

Nie zdążyłam na kolejkę, pochłonięta zwykłym światem „za torami”.  Zaryzykowałam więc wjazd na górę wyciągiem krzesełkowym i była to przygoda sama w sobie: krzesełkami miotało na wszystkie strony, a były bardzo wyślizgane i nie miały żadnych zabezpieczeń. Operator ciągle ruszał i zatrzymywał. Każdy pasażer kurczowo trzymał się czegokolwiek, nerwowo pokrzykując przy każdym szarpnięciu. Okoliczności na górze wynagrodziły jednak wszystko. Widok faktycznie niebiański. Niby nic, ot góry i morze. I ten pasek zieleni wdzierający się we wszystkie odcienie błękitu, wijący, niczym kosmata wstęga po aksamicie wody.

 

  

To są te momenty kiedy myślisz: „to tylko to?” i jednocześnie „ach, to właśnie TO”, kiedy cieszysz się po prostu, że tu jesteś, że warto było tłuc się tymi wszystkimi pociągami. I kiedy wydaje ci się, że to już koniec atrakcji, przychodzi pora na mata-no-zoki! Cóż to takiego? Inny punkt widzenia. Stajesz tyłem do Amanohashidate, pochylasz się i patrzysz w tył między nogami. Tak, do-góry-nogami. I co teraz? Zobaczysz po prostu inny świat. Zobaczysz smoka lecącego w niebo! Musisz spróbować.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *