Kyushiu

Takachiho. W dziczy Kyushiu

Zobaczyłam kiedyś wypłowiałe zdjęcie Takachiho. Stary wymięty plakat, opiewający cuda prefektury Miyazaki, był przypięty pinezkami na jakimś prowincjonalnym dworcu, ktrórego nazwy nawet już nie pamiętam. Ale decyzja została podjęta od razu.

Nawet żar lejący się z nieba nie był w stanie odwieść mnie od tej wędrówki. Przeczuwałam, że idę na spotkanie z jednym z niesamowitych cudów natury, dlatego byłam gotowa znieść wszystko. Bluzka przywarła mi już dawno do pleców, a włosy obkleiły twarz. Wilgotność w porze deszczowej chwyta za gardło i wciska się z każdym oddechem coraz głębiej. Strużki potu przypominały już kapiące zepsute krany, nieznośnie cieknące jednocześnie wzdłuż kręgosłupa i po dekolcie. Jeszcze dwa zakręty. Jeszcze kilka kroków. 

 

 

Kiedy dotarłam wreszcie do końca szlaku i weszłam na mostek, zapomniałem o całym tym upale. Wąwóz Takachiho wynagrodził wszystko. Poczułam się jak w prastarej dzikiej zaklętej krainie. Wszechobecna zieleń drzew, turkus wody i potęga skał otuliły mnie ze wszystkich stron.

 

Wąwóz Takachiho (高 千 千 峡, Takachiho-kyō) został utworzony przez 4 erupcje wulkanu Aso, około 270 000 lat temu. Kolejne przepływy lawy gwałtownie stygły w zetknięciu z rzeką Gokase. Podczas dalszej erozji utworzyła się bajeczna dolina w kształcie litery V. Strome klify mają od 80 do 100 metrów wysokości i składają się z kolumn wulkanicznego bazaltu o niesamowitym kształcie. Miejscowi mówią, że to łuski smoka, który tamtędy przelatywał i został strącony przez wybuch wulkanu. W 1934 roku Takachiho stał się meisho, czyli oficjalnym miejscem niezwykłego piękna.
Już na początku szlaku, przy samym moście, widać przepiękne wodospady Manai. Potężna 17-metrowa ściana przelewającej się z hukiem wody nie pozwala oderwać wzroku. Zieleń wokoło jest tak niesamowita, dzika, pierwotna i pulsująca, że nie zdziwiłabym się wcale, gdyby z zarośli wyłoniły się jakieś prehistoryczne stwory. To miejsce wręcz tętni życiem. Bijąca z niego energia jest niepodważalna i tak odczuwalna, że musiałam przysiąść na moment, bo zakręcilo mi się w głowie. Mówi się, że Takachiho ma moc przekazywania duchowej energii, uzdrawia fizycznie i „ładuje akumulatory”. Postanowiłam skorzystać ze wszystkiego! Pomaszerowałam naprzód wzdłuż wąwozu. Starałam się chłonąć krajobraz całą sobą, każdą komórką i każdym oddechem. Wzrok to za mało. Pracowały wszystkie zmysły. W takich miejscach doskonale widać, że świat najpiękniejszy jest… bez nas. Najdoskonalszy jest w swoim pierwotnym wydaniu i najlepiej tak funkcjonuje, nic nie zakłóca jego odwiecznego rytmu i cudownego wyglądu.

 

   

  

Na szlaku wyrasta nagle opasany sznurem wielki kamień. Ta 200-tonowa skała została rzucona przez boga Kihachi, aby zademonstrować swoją moc i rzucić wyzwanie tutejszemu bóstwu. Spacerując wśród porośniętych zieloną dzikością klifów nietrudno uwierzyć w każdą historię o japońskich bogach, która tu miała miejsce.  Rzeczywiście, również z Takachiho, pochodzi jedna z najbardziej znanych opowieści w japońskiej mitologii o pochodzeniu Japonii. Historia głosi, że bogini słońca, Amaterasu, ukryła się w jaskini w Takachiho, aby uciec od potwornego szaleństwa brata.

Skaliste klify sięgają nieba, w niektórych miejscach są zupełnie płaskie, w innych żebrowane, a w innych zmieszane ze smoczą łuską – oczywiście. Wciśnięta między skały turkusowa Gokase dodaje temu miejscu lekkości i magii. Cieszę się, że jest pusto i cicho, mogę do woli zachwycać się wąwozem. Chodzić w tę i z powrotem, przeskakiwać po kamieniach, miętosić puchate mchy. Mogę rozglądać się  z rozdziawioną paszczą,  jak dziecko, oszołomione tym, co je otacza. Krajobraz zamykają trzy mosty: stary most, stalowy i betonowy. Tu pojawiają się też budynki. Tu  spacerowicze mogą przycupnąć i w chłodzie napić się herbaty.

  

 

 

 

Najdzielniejsi jednak ruszą jeszcze potem dalej, w górę, starym stromym szlakiem, przeklinając w duchu tą decyzję. Bowiem znów ze wzgórz stoczy się przeokrutna fala upału, wilgoć zalepi oczy i utrudni łapanie oddechu. Każdy krok będzię prawdziwą męką, a ogień wleje się do gardła. Trzeba będzie kurczowo łapać się resztek barierek i walczyć z mroczkami przed oczami, żeby nie runąć w dół, w turkusową wstęgę Gokase. Najdzielniejsi jednak, nie bez trudu, podołają temu wyzwaniu. Dotrą z powrotem do wioski, gdzie po zebraniu resztek sił ruszą w poszukiwania legendarnej jaskini

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *