HokkaidoWulkany

Noboribetsu. Niebo i piekło.

Hokkaido z początkiem roku zyskuje na urodzie. Staje się wulkaniczną krainą śniegu. Rodzi to dosyć ekstremalne zestawienia, bo przecież ogień i lód nie powinny iść w parze. A idą. Zwłaszcza w Noboribetsu!

Noboribetsu Onsen (登別温泉) jest najbardziej znanym kurortem termalnym Hokkaido, oferującym aż jedenaście różnych rodzajów gorących wód, które są uważane za jedne z najlepszych w Japonii. To najprawdziwsza naturalna „fabryka wrzątku”, a jej sercem i siłą napędową  jest Hiyoriyama (日和山), czynny wulkan, znajdujący się w odległości niecałych 3 km od miasta.  Właśnie z jego pomocą, Noboribetsu Onsen wytwarza dziennie 10 000 ton naturalnie gorącej płynącej wody, która z kolei uszczęśliwia przybywających tu z różnych zakątków, i Japonii,  i świata, kuracjuszy.

Wyruszyliśmy zatem do Noboribetsu, aby doświadczyć najlepszej kąpieli życia i  mocy potężnych żywiołów. Do miasteczka dotaliśmy późnym wieczorem i od razu odetchnęliśmy z ulgą, że wybraliśmy onsen najbliżej przystanku autobusowego. Dalej i tak nie dotargalibyśmy naszych walizek przez śnieżne zaspy. Z miejsca wciągnęliśmy przepyszną kolację, a trzeba nadmienić, że w najprzedniejszych onsenach jest się czym rozkoszować. Posiłki prezentowane są w formie ogromnych bufetów, gdzie do wyboru mamy kilkadziesiąt potraw – zimnych i gorących – przekąsek i zup, sałat i kiszonek oraz oczywiście rarytasów z północnych mórz. O deserach i smakołykach nie wspomnę, ale boskie czekoladowe fondue do dzisiaj śni mi się po nocach. Po tym nieprzyzwoitym obżarstwie do północy zalegaliśmy na futonach, aby potem, z nową energią i pod osłoną ciemnej górskiej nocy, ruszyć do gorących wód.

 

 

Ogromna sala termalna w naszym onsenie miała kilka furo o różnej wielkości, a woda w basenach – różną temperaturę i dawała odmienne odczucia. W przerwach można było skorzystać z suchej i parowej sauny lub wskoczyć pod lodowaty wodospad. Prawdziwa magia unosiła się jednak na zewnątrz. Jej ulotna aura była dostępna tylko dla tych śmiałków, którzy w taką zimową noc wyjdą na golasa z ciepłego budynku, przeparadują kilka kroków po miękkim śniegu i ochoczo zanurzą się w brunatnym parującym oczku. Po szyję. Zimno i gorąco zaczyna się mieszać. Oddech na początku i pali i mrozi. Płatki śniegu osiadają na włosach, na rzęsach i na wysuniętym języku oczywiście! Reszta ciała płonie. Ale już za moment to wszystko zlewa się w jedno, w niesamowitą błogość. I nic już nie ma znaczenia. Czas przestaje płynąć. Ciało i umysł otula miękki aksamit. Niebo!

Spaliśmy jak susły. Potem, po iście cesarskim śniadaniu, ruszyliśmy na małą wyprawę do Parku Niedźwiedzi. Podróż kolejką linową pozwoliła oderwać się od uciech ciała i stawić czoło prawdziwej zimie.

Najpierw spotkanie z miśkami. Potężne brunatne zwierzaki turlają się po śniegu jak niesforne dzieci. Z góry, z tarasów obserwacyjnych, wyglądają jak brązowo-złociste kulki. Dopiero kiedy schodzę na doł, do szklanych boksów, z których można je karmić, widzę co to za bestie. Kiedy mój podopieczny radośnie uderza łapą w szybę, przestraszona aż siadam na ziemi, odruchowo cofając się do przeciwleglej ściany. Nie ma żartów. A w razie czego – raczej nie ma ucieczki.

 

 

Dalej, po kolana w śniegu ruszamy do starych chat. To wędzarnie ryb i miejsca, gdzie oprawiano skóry. Warto powędrować nieco dalej, aby dostrzec zalotne niebieskie oko Kuttary, pięknego jeziora o krystalicznie czystej wodzie, zanurzonego w kraterze wulkanu.

   

Jeszcze dalej jest już tylko jeden z krańcow świata, gdzie góry spływają do morza, a Hokkaido łączy się z lodowatym oceanem.

Gdzie lód tam ogień. Jesteśmy wszak w Noboribetsu! Pora na wyprawę do źródeł naszych onsenowych wód. Nazwa miasteczka, Noboribetsu, pochodzi z języka ajnuskiego, czyli języka rdzennych mieszkańców Hokkaido, gdzie Nupuru-pet oznacza podobno mętną rzekę. Myślę, że tak naprawdę oznacza mętną i śmierdzącą. Rzeka jest pełna siarki, dymi i bulgoce. Nie bez powodu miejsce to nazywane jest Jigokudani (地獄 谷) – Piekielną Doliną. Dojścia do piekieł strzegą oni, japońskie demony. Są wszędzie, mijamy je praktycznie na każdym kroku.

  

 

 

Niebieski oni jest ostatnim strażnikiem. Jesteśmy na miejscu. Jeśli to faktycznie wrota do piekieł – są piękne. Jak okiem sięgnąć, rozpościera się nieziemski pejzaż. Wśród  żółto-pomarańczowych skał wulkanicznych można wypatrzeć parujące kratery, złowieszcze dymy, strumienie gorącej bulgoczącej wody i inne, wyraźnie widoczne, oznaki  podziemnej aktywności. Cały park zajmuje powierzchnię 11 hektarów i wart jest spaceru w śniegu przez zalesione wzgórza oraz walki o życie na oblodzonych ścieżkach.

 

 

Koniecznie trzeba przedrzeć się do Oyunuma-ike, siarkowego stawu o temperaturze  50 stopni, i mniejszego, jeszcze gorętszego, pobliskiego stawu błotnego. Z dużego zbiornika wypływa rzeka – Oyunumagawa. Bajecznie wygląda ta parująca wstęga pośród zaśnieżonego lasu. Można tu przycupnąć i cieszyć się przy brzegu naturalną gorącą kąpielą stóp (ashiyu).

Jigokudani tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłam wrócić tu jeszcze raz, po zmroku. Wieczorny spacer przez miasteczko to dodatkowa przyjemność, jednak cel wyprawy był oczywisty.

 

Krążyłam po drewnianych pomostach jak zaczarowana. Piekło pociąga. Zwłaszcza nocą. Połączenie ciemności, śniegu, nastrojowych światełek i wszechobecnej siarkowej pary jest urzekające.

Taras widokowy kończy się w centrum doliny, przy gejzerze Tessen-ike. To mała złowieszcza bulgocząca dziura. Trochę przerażająca, ale jednocześnie hipnotyzująca. Podobno wpatrywanie się w nią wyciąga z człowieka całe zło. Oparta o barierkę wlepiałam więc oczy we wrzącą ciecz, zapominając o czasie.

One thought on “Noboribetsu. Niebo i piekło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *