Oishida była, na szczęście, tylko moim punktem przesiadkowym do Ginzan Onsen. Optymistycznie zaplanowałam tam 3-godzinny przestój w nadziei, że może uda mi się zobaczyć tam coś ciekawego.
Warto uczyć się na moich błędach.
Zeszłam to miejsce wzdłuż i wszerz i, oczywiście, udało mi się zrobić kilka ładnych zdjęć, a nawet zjeść coś smacznego, ale zasadniczo Oishida wygląda tak:



Tak, wiem, że większość japońskich zakamarków wygląda podobnie. Tak, wiem, że zaplecza największych japońskich wspaniałości też prezentują się tak samo. Tu jednak nie ma nic dla kontry. Dodając do tego wyjątkowe położenie „in the middle of nowhere” wynik mamy ciągle na minusie.
Na niebiosa, nie jedźcie zatem do Oishidy.
Jeśli jednak, w skutek wyjątkowej złośliwości któregoś z japońskich bogów, jednak się tam znajdziecie, należy skoncentrować się na kilku miejscach:
Spacer przy rzece.
Patrzeć na wodę. Nie sięgać wzrokiem dalej niż dwa metry od brzegu w stronę miasteczka.


Oishida History and Folklore Museum.
Nie, nawet tam nie weszłam. Spodziewałam się kolejnego rozczarowania. Z zewnątrz jednak dość miłe dla oka. Jeśli ktoś skusi się i stwierdzi, że warto było jak diabli, niech pisze.


Yokocho Tofu Shop Mogamigawa Sembon Dango.
To ładny historyczny budynek i fajne smakołyki. Warto usiąść na moment przy starym palenisku, albo zabrać przekąskę nad rzekę. Miejsce słynie z produkcji ogromnych ilości dango (ponad 1000 dziennie) o różnych smakach.


Attamari Land Fukabori.
Tak, Oishida ma nawet onsen. Onsen ma nawet świetne opinie.
Być może to jest właśnie to miejsce, które ratuje honor Oishidy. Nie, nie skusiłam się.
Podobno tutejsze gorące źródła pozostawiają uczucie nawilżenia długo po kąpieli. Dzieje się tak, ponieważ zawierają więcej kwasu metakrzemowego, który ma dobroczynne działanie na skórę. Tak, ma tego więcej niż inne pobliskie wody. No cóż… pewnie nigdy nie doświadczę kąpieli tutaj, bo sam budynek nie zachęca, wpisuje się za bardzo w miejscowy klimat. Przemycie jednak twarzy przy wejściu – przeprzyjemne!
…No i świątynka nieopodal. Ale trzeba patrzeć tylko na wprost na świątynkę. Żadnego łypania na boki. Serio.

Prywatne domy.
Włóczęga po nijakich zaułkach przynosi często niespodziewane efekty. Trochę smaku. Trochę harmonii. Trochę przestrzeni. Trochę subtelności. Faktura. Detal. Ogród. Uff…Można na chwilę odetchnąć!


